Mam to szczęście, że za moim blokiem istnieje łąka a zaraz za nią ogromny las. Mieszkam na przedmieściach, z dala od miejskiego zgiełku. Lubię to miejsce. Lubię obserwować jak z sezonu na sezon zmienia się widok z okien. Już od dłuższego czasu gościmy zimę a las prezentuje się tak:
Drzewa zimą wyglądają tak melancholijnie, a nie mogę oderwać on nich wzroku. Kocham takie widoki, ale najczęściej zza okiennej szyby. Zima mimo swojej magicznej atmosfery, jest odrobinę za długa.
Kilka dni temu do mojej szafy zawitało kilka nowych rzeczy. Jedną z nich jest sukienka, która mimo swojego typowo letniego materiału kojarzy mi się z zimą.
Kupiona została w ciucholandzie za całe 4,50 zł. :-) Nie mam nic przeciwko szperaniu w takich miejscach.
Mojej mamie niestety sukienka nie przypadła do gustu, za to gdy dyskutowałam z mamą na temat jej wyglądu, pewna starsza pani stanęła po mojej stronie, podzielając moje zdanie. Takim sposobem trafiła ona do moich rąk. Choć mimo twierdzeń mamy i tak bym ją przygarnęła za te pieniądze.
Swoim wyglądem pasuje mi do śnieżnego puchu, lecz nie jestem do końca pewna czy na taką pogodę jest odpowiednia. Ta sukienka jak widać ma swoich przeciwników i zwolenników. Podobno wygląda też jak koszula nocna dla staruszki ;-) Sukienki to zdecydowanie moja ulubiona część garderoby. Już za kilka miesięcy czeka mnie bal gimnazjalny i wybór sukienki. Co prawda już mam swoją wizję, ale pożyjemy, zobaczymy. Na sam koniec tradycyjnie zostawiam wam wiersz, przeplatany zmieniającymi się porami roku jak i ludźmi...
Drzewa zimą
Konwalie są zbyt delikatne, by znały
smak soli.
Róże są owlekane ukłuciami, nie
można ich porównać do konwalii.
Nauczyłam się milczeć z posępnym
kamieniem w gardle.
Nigdy nie znałeś mnie takiej.
Uzbierałam bukiet ze stu śnieżnych
pyłków,
po jedenastu chwilach zwiędły.
Chciałam perfekcji.
Do tej pory byłam szkicem
rysowanym od tyłu z zaprzęgiem do
zwiedzania ogrodu.
Teraz drzewa są martwe. Blizny tkwią
na mojej skórze.
Jestem tu gościem, lecz tubylcy nie
mają nic do zaoferowania
prócz twardych liści na dnie. Modre
strzępki stają się wątłe
i prawdopodobnie wkrótce wyrzekną się
obecności.
Kalekie łodygi graniczą ze schyłkiem.
Kiedyś byłam inna.
Różnię się od drzew, wciąż
imigruję, gdy one trwają w posadce.
Zamiast nałożyć na ranę plaster,
uwydatniałam ją, poszerzając szczelinę.
Przecież chabry nigdy nie będą
makami. Kiedy w końcu
będziesz zdolny to zrozumieć? Mimo,
że rosną tak blisko siebie,
a pewnego dnia być może umrą w ten
sam sposób co ja.






